Obserwuj nas

Nasze cykle

Ogniem i grotem #1. Nie bawiłem się na Lakeside

Kilka dni temu zakończyły się mistrzostwa świata WDF. Jako zapalony użytkownik portalu Twitter, zwanego ostatnio “iksem, przeczytałem na jego temat wiele opinii. Zacząłem się zastanawiać, czy na pewno patrzyłem na tę samą imprezę…

Źródło zdjęcia: własne/Sky Sports

Magia Lakeside. Lubimy używać tego określenia, choć Frimley Green to kilkunastotysięczna wieś, oddalona o 50 kilometrów od Londynu, w której wiele ciekawego do zobaczenia nie ma, a w zimę nawet słynne jeziora nie zachęcają do wypoczynku. Budynek Lakeside Country Club ma już określony wiek, “widział” wiele, jeśli chodzi o darta. Jego pojemność także jest mocno ograniczona…

Ale rzeczywiście. Coś unosi się w powietrzu. Zapach dymu z papierosów Erica Bristowa. Woń sukcesów, jakie odnosili Phil Taylor i Raymond van Barneveld. Także opary absurdów związanych z występami Teda Hankeya, ale przez mgłę widać również Martina Adamsa, który z Lakeside uczynił swoje królestwo.

Dlatego bardzo się zdziwiłem, gdy natrafiłem na mnóstwo opinii po tegorocznych mistrzostwach świata, które sugerowały, że “to była fenomenalna impreza”, “magia Lakeside powróciła” i w ogóle jest pięknie ślicznie oraz wspaniale. Pisali to ludzie, którzy patrzyli przez lata na rozgrywki BDO, zachwycali się z pewnością złotym okresem tej organizacji.

Nie potrafię znaleźć wielu różnic między zeszłoroczną imprezą – naznaczoną pandemią, z trudem zorganizowaną i domkniętą – a niedawno zakończoną edycją. Ba, mam wrażenie, że pod paroma względami ten przekładany, niepewny i zbyt długo wyczekiwany turniej górował.

Nie dostrzegłem magii w otoczce imprezy, która… właściwie nie istniała. Żadnych klipów, rozmów, zapowiedzi, różnorodnych ujęć kamer – w szczególności w pierwszych rundach, gdy turniej był jeszcze bez transmisji telewizyjnej. Ja wiem, że to nigdy nie był standard w imprezach BDO, ale mamy takie czasy, że rozgrywki nazywane mistrzostwami świata można byłoby “opakować” z większym rozmachem.

Zachowanie płynności utrudniały także przedłużające się przerwy. Odniosłem wrażenie, choć nie siedziałem przed ekranem ze stoperem w ręce, że miały one losową długość. Raz pięć, raz osiem, raz dziesięć minut. Ten czas nie był w żaden sposób zagospodarowany, choć o to pretensji nie mam – wszak to przerwa. Czas, w którym powinienem pójść do łazienki, zrobić kawę, nakarmić psa. Chciałbym jednak wiedzieć, kiedy muszę wrócić przed ekran, aby niczego nie pominąć.

Wspomniałem już o różnorodności w ujęciach, ale to zasługuje na oddzielny akapit. Walk-ony? Czysto teoretyczne, ponieważ na wczesnym etapie rozgrywek nie widzieliśmy ich właściwie w ogóle. To znaczy widzieliśmy, ale z kamery oddalonej o dobrych kilkadziesiąt metrów od sceny. Muzyka przygrywała gdzieś w tle, ale też niewyraźnie. Momentami MC zapowiadał zawodnika, po czym można było odnieść wrażenie, że sam gracz jest jeszcze szukany w korytarzach, bo zanim pojawił się na scenie i można go było rozpoznać, mijało czasami dobrych kilkadziesiąt sekund. Zawodziło także sprawne “przeskakiwanie” między sektorami. Wielokrotnie widzieliśmy nie ten segment tarczy, który powinien być pokazany, parę lotek uciekło realizatorom.

No i atmosfera… Lakeside Country Club to nie jest wielki obiekt, nie gości koncertów Rolling Stones, ani nawet meczów piłkarskiej Ekstraklasy. A mimo to świecił pustkami. Poza finałowymi dniami, gdzie rzeczywiście nie było źle. Przynajmniej mistrzowie i mistrzynie świata mogli poczuć odrobinę wsparcia. Poziom? Nie czepiam się. Wszyscy od lat znamy reguły gry w WDF-ie.

Mam świadomość tego, że sprzątanie stajni Augiasza po Desie Jacklinie trochę zajmie i może nie wszystko da się zrobić od ręki. Odnoszę jednak wrażenie, że nie robi się wystarczająco dużo, aby podnieść choć trochę rangę wydarzenia. W jaki sposób wykorzystano obecność Beau Greaves? Przecież to znakomita szansa, żeby powiedzieć – “hej, słuchajcie, mamy utalentowaną dziewczynę, która woli grać u nas niż w PDC”! To ona powinna być główną twarzą imprezy. Leonard Gates, Andy Baetens, Neil Duff, Jelle Klaasen… Tyle historii, które można opowiedzieć. Powspominać. Pobawić się.

WDF chyba przyjął już wygodną pozycję. Nie chce rywalizować z PDC – i słusznie. Może zagospodarować inną niszę. Trzeba jednak poczynić pewne kroki. Do momentu rozpoczęcia imprezy mistrzowskiej profil Łączy Nas Dart miał… więcej subskrypcji niż ten drugiej największej organizacji darterskiej na świecie! Transmisji z konkretnych turniejów trzeba szukać po profilach lokalnych organizatorów i to właściwie zawsze po omacku, bez drogowskazów. Żyjemy w czasach, w których bardzo trudno zaskarbić sympatię widza i utrzymać go przed ekranem na więcej niż kilka minut. Sama “magia Lakeside” już nie działa. Tym bardziej, że dartem zaczyna interesować się nowe pokolenie, które nie ma żadnych uczuć związanych z Frimley Green.

Nie obejrzałem całości. Dosłownie kilka sesji, wliczając te z Sebastianem Białeckim i tę finałową. Niedużo więcej. Wolałem w tym czasie spojrzeć na bilardowy Mosconi Cup, który – choć był jednostronny – to oglądało się go fenomenalnie. Jak zawsze. Na WDF-ie nie bawiłem się. Na szczęście – mistrzostwa świata PDC szybko to wynagrodzą.

3 komentarze

3 Komentarze

  1. lszarzyn

    15 grudnia, 2023 o 10:54

    Zgadzam się w 100% z Twoimi słowami. A sama transmisja na Youtubie a właściwie jej jakość była żenująca. Czekam niecierpliwie na start Mistrzostw Świata PDC. 🙂

  2. 🤮

    15 grudnia, 2023 o 10:58

    Nie obchodzi mnie to.

  3. Oko Tygra

    Oko Tygra

    15 grudnia, 2023 o 14:21

    Też mam identyczne odczucia jak Kuba – poziomu nie zmienią, ale z lepszym opakowaniem lepiej by się to oglądało.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Maksymalny rozmiar przesyłanego pliku: 2 GB. Możesz przesłać: zdjęcie, audio, video, dokument, etc. Linki do YouTube, Facebooka, Twittera i innych serwisów wstawione w tekście komentarza zostaną automatycznie osadzone. Drop files here

Sponsor główny

Sklepy partnerskie

Zostań Patronem

Reklama