Wywiady
„Coś kliknęło – wrzuciłem wyższy bieg”. Sebastian Białecki dla Łączy Nas Dart
Pierwsza połowa sezonu 2026 była dla Sebastiana Białeckiego najbardziej owocnym okresem w dotychczasowej karierze. O zwyżce formy, ostatnim sukcesie na scenie European Touru i wybitnych wynikach w Development Tourze opowiedział w wywiadzie dla Łączy Nas Dart.
Sebastian Białecki nie ukrywa – ten sezon jest wyjątkowo intensywny. Bardziej intensywny niż poprzednie. Turniejów jest więcej, a do tego – za sprawą bardzo dobrej gry – sama rywalizacja również trwa dłużej.
– Pierwsze półrocze było wypełnione turniejami. To przede wszystkim ze względu na większą liczbę awansów na European Toury – czasami podróże łączyły się z eventami Players Championship i trzeba było przylatywać z turnieju na turniej. Do tego doszedł World Cup – kolejnych parę dni dołożyło się do grafiku – stwierdził na początku rozmowy.
– Znaczenie miało też samo to, że wyniki w turniejach były dobre. To przedłużało moją grę. W tym roku rozegrałem więcej meczów niż na tym samym etapie w poprzednim sezonie – a to jest obciążenie dla głowy. Na tym poziomie, oprócz gry, 3/4 czy nawet 90% to kwestia głowy. Często po turniejach pójdzie się na obiad i po tym nie ma się siły. Może i fizycznie jest dobrze, ale mentalnie jesteś wykończony do zera.
Lepsze wyniki to także wzrost popularności. Przez ostatnie pół roku Sebastian stał się bardziej rozpoznawalny. – Widzę też to po rosnącej liczbie obserwujących. Wywiady, rozmowy – tego też jest więcej, więc nieco mniej jest czasu dla siebie, by trochę ochłonąć. Ale to dobrze, bo to popularyzuje ten sport, może poszerzać grono fanów i obserwatorów. Super, że mogę być tego częścią.

Sebastian Białecki reprezentował Polskę w World Cup of Darts po raz drugi w karierze (fot. Jenny Segers / PDC).
Utrzymanie karty? To już pewne
Po nieco ponad 1,5 roku z kartą rankingi grają na korzyść Łodzianina. W tej chwili zajmuje 60. miejsce w rankingu PDC i 31. miejsce w rankingu ProTour. – Myślę, że to wynik nawet powyżej oczekiwań. Gdy zaczynałem jako posiadacz karty, przy tamtej grze spodziewałem się, że kartę ciężko będzie utrzymać.
– Gdy zaczynałem, niektórzy mieli podobny poziom do mnie, około 88 czy 89 punktów. Ale mi po prostu udawało się wykorzystywać te mecze, wygrywając je, a czasami i przepychając 6:5 dobrymi końcówkami. I to skutkowało awansami – czy to na mistrzostwa świata, czy na finały Playersów.
– Wiedziałem jednak, że jeśli drugi rok będzie podobny, to walka o utrzymanie w tourze będzie nerwowa. Ale zdarzyło się „kliknięcie” – wrzuciłem wyższy bieg. Myślę, że mam więcej pewności siebie. Może przyszło większe oswojenie się z graniem w tourze, z tymi zawodnikami.
Trzeba było przywyknąć
Przyzwyczajenie odegrało rolę także w grze na scenie. Sebastian przyznał, że potrzebował chwili, by przywyknąć do tego otoczenia. – Pamiętam, że gdy wcześniej udawało mi się dostawać na European Toury, to to były może dwa czy trzy turnieje w roku. Zagrasz raz, a później odzwyczajasz się od tej sytuacji – od krzyków publiczności, od sędziego, który wykrzykuje maksa rzuconego przez rywala… To trzeba sobie poukładać w głowie.
– Były finały Playersów, potem mistrzostwa świata, szybko zaczęły się European Toury. Granie na scenie pojawiało się coraz częściej, a to dawało komfort. Przeskoczyło myślenie. Zacząłem skupiać się na pokonaniu przeciwnika, a samo wyjście na scenę nie było taką ekscytacją.

Podczas Belgian Darts Open 2026 Białecki pokonał nawet Wessela Nijmana (fot. Jenny Segers / PDC Europe).
Czy gra na scenie stanowi jeszcze większe wyzwanie niż gra na podłodze? – Myślę, że już nie robi mi to różnicy. Chyba że pojawiłaby się jakaś dłuższa przerwa – może wtedy byłoby inaczej.
Polskie Leverkusen
Niedawny półfinał European Darts Open był jednym z największych sukcesów Sebastiana w PDC. Po raz pierwszy wystąpił w finałowej sesji European Touru. To jednak go nie sparaliżowało – Myślę, że podchodziłem do tych meczów na spokojnie. Była ekscytacja wynikiem – nawet trzecią rundą czy ćwierćfinałem – ale traktowałem to bardziej jak turniej Players Championship, tylko z dodatkiem sceny i publiczności. Wiedziałem, że mierzyłem się z tymi zawodnikami w podłogówkach. Miałem w głowie tylko to, by ich pokonać i jak najlepiej wypaść.
W półfinale obejrzeliśmy mecz Ratajski – Białecki, czyli rewanż za finał mistrzostw Polski. – Jeśli już mamy ze sobą grać, najlepiej byłoby w finale… Na pewno ucieszyło mnie, że Krzysiek też awansował. (…) Historia się wydarzyła. Ale że graliśmy ze sobą też tydzień wcześniej, przyszło takie oswojenie – że to nie jest coś nowego. Dzięki temu łatwiej było podejść do tego meczu.
Przed startem tego spotkania doszło do niespotykanej wcześniej sytuacji – Ratajski, grając z innym Polakiem, nie był wyraźnym faworytem bukmacherów. A patrząc przy okazji na ranking Players Championship (gdzie Białecki jest minimalnie wyżej od Ratajskiego), można pokusić się o stwierdzenie, że pojawiła się nieformalna rywalizacja o miano najlepszego gracza w kraju.
– Na pewno mnie to motywuje. Nie wiem, jak u Krzyśka – że nie jest już sam tą „jedynką” i nikt nie może zbliżyć się poziomem. Może także jego to napędza, by grać coraz lepiej. Rywalizacja na pewno jest, ale w dobrym duchu. Nawet przed półfinałem ze sobą rozmawialiśmy. Atmosfera jest przyjazna. Na tym, że rywalizujemy o miano „najlepszego gracza w kraju”, aż tak się nie skupiam.
Kwalifikacje? „To cholernie ciężkie…”
Wielkim pozytywem dotarcia do półfinału jest także pewne miejsce w dwóch turniejach European Touru: ET13 i ET14. Sebastian nie będzie musiał brać udziału w eliminacjach dla posiadaczy kart.
– To pozytywna rzecz ze względu na ominięcie kwalifikacji, które są cholernie ciężkie. (…). Tam bierze udział około 90 osób, przy czym wszyscy to posiadacze kart. Można to sobie wyobrazić w ten sposób, że żeby awansować, trzeba zrobić trzecią czy czwartą rundę turnieju. To bardzo ciężkie.
– Automatyczna kwalifikacja daje też rozstawienie w pierwszej rundzie, a to – teoretycznie – daje gorszego przeciwnika: czy to kwalifikanta, czy zawodnika z kraju gospodarza. To daje większe szanse. Co jest minusem – trzeba wygrać pierwszy mecz, by zdobyć punkty do rankingu. (…) Ale kwalifikacja to na pewno duży plus. Granie na scenie oswaja.
Dzięki półfinałowi ET i dwóm automatycznym kwalifikacjom Sebastian bardzo dobrze rozpoczął wyścig do World Matchplay 2027. Do tegorocznej edycji – mimo dzielnej walki – nie udało mu się awansować.
– Miałem bardzo ostrożne nastawienie do Matchplaya. Taki turniej byłby super dodatkiem (…), ale rywalizacja z zawodnikami, którzy mieli automatyczne kwalifikacje, była ciężka. Jeden brak awansu do European Touru – tak jak w przypadku ET9 – mógł przesądzić o braku kwalifikacji do Matchplaya. To chyba wtedy uciekła mi ta szansa – zwłaszcza że to był mocny turniej dla moich rywali.
Development Tour? To już historia
Co się na pewno udawało, to Development Tour. Po 15 z 24 turniejów Łodzianin jest zdecydowanym liderem rankingu, wyprzedzając drugiego Jacka Draytona o niemal 11,5 tysiąca funtów. Jednak ze względu na 60. miejsce w rankingu PDC i przyszłe utrzymanie karty, przewaga ta będzie już tylko topnieć. Dalsze występy Bolta w młodzieżowym cyklu stały się niemożliwe.
– Development Tour na pewno rozwija. Moja przygoda tam rozpoczęła się zaraz po skończeniu 16 lat. Rywalizacja z rówieśnikami – z osobami w podobnym wieku – dużo mi dała. Taka rywalizacja dodaje motywacji, by grać i trenować.
– Development Tour sprawia, że przyzwyczajasz się do stresujących sytuacji – i oswaja z myślą, że nie zawsze udaje się wygrywać ważne mecze. Wtedy po takich porażkach była złość, ale po czasie to dodawało pewności w grze. Z każdym rokiem było coraz lepiej.
– Miałem też okazję mierzyć się z posiadaczami kart. Gdy zaczynałem, grać w Development Tourze nie mogli zawodnicy z TOP 32. Pojawiali się więc gracze, którzy utrzymywali karty – na przykład Niels Zonneveld. Później byli też Wessel Nijman, Ryan Meikle, Gian van Veen, Luke Littler, Josh Rock… Dziś to już światowa czołówka.
BIALECKI TAKES THE TITLE 🏆
— PDC Darts (@OfficialPDC) April 25, 2026
Sebastian Bialecki wins his second Development Tour title of the year at Event Eight, defeating Jack Drayton 5-2 in the final in Milton Keynes! pic.twitter.com/2PKm4NMqtP
Sebastian dodał jednak, że rywalizacja w tych zawodach jest dość obciążająca. Zwłaszcza w jego przypadku. Zawodnik, który zwykł dochodzić do dalekich faz, musi być przygotowany na kilka, a czasami nawet kilkanaście godzin rzucania.
– Gra w Development Tourze pomogła mi mentalnie i fizycznie, choć tam – pod koniec – czasami już brakowało mi sił. Trudno było utrzymać pełne skupienie.
– Dzień rozpoczyna się około ósmej czy dziewiątej – wtedy trzeba być w hali. Wstać trzeba nawet o siódmej. Ale takie granie pomaga mi później w ProTourze. Tam może jest mniej meczów, ale sam trening także startuje dwie godziny przed turniejem, więc nawet jeśli dojdzie się do czwartej rundy, to też jest około ośmiu godzin.
– Pamiętam, że gdy wygrałem jeden z turniejów, wróciłem do domu około 22 czy 23. Udało się kupić coś do picia czy zjedzenia, a o 6:30 musiałem wstać na kolejny turniej. Było trochę ciężko.
Rekordowa seria
Pierwsze miejsce w Development Tourze nie wzięło się znikąd. Bolt ustanowił w tym roku serię 38 wygranych meczów z rzędu w tym cyklu. To bezapelacyjnie najlepszy wynik w historii DT.
– Gdy biłem te rekordy, nie dowierzałem, co robiłem. Myślałem, że ktoś taki run już zrobił, a tam się okazało, że prawie podwoiłem dotychczasowy rekord. Ogromna rzecz, której na początku nie byłem świadomy.
– Miałem ten rekord w głowie, słyszałem o nim. Rozmawialiśmy o tym wraz ze znajomym – Kubą Krzysko – który też grał podczas Development Tourów. Naliczaliśmy kolejne zwycięstwa. Ale miałem w głowie luz – świadomość, że to pewnie mój ostatni weekend Development Touru.
– Tak sobie myśleliśmy, że może uda się dobić do tych 40 zwycięstw, ale trafił się ten nieszczęsny Angelo Balsamo – pogromca Polaków. Śmiałem się przed tym meczem, że skoro nikt mnie nie mógł powstrzymać – nawet i Jack Drayton – to musieli wytoczyć najcięższe działo. I Angelo znowu zrobił rzeczy niemożliwe.
Sebastiana w kolejnych turniejach Development Touru nie będzie, ale za to będą inni reprezentanci Polski. – Mogę uchylić rąbka tajemnicy, że po Playersach (28-29 lipca – red.) zostaję na Development Tourze (31 lipca – 2 sierpnia – red.). Będą grać znajomi z Łodzi, więc mogę tam wejść jako gość czy kibic. Będę miał okazję pokibicować Polakom, bo wiem, że wybiera się spora ekipa. Ja sam pamiętam tylko jeden weekend, gdy było nas pięciu – a tak, to byłem raczej sam.
– Jeśli ktoś umie grać – gra nawet na poziomie 70 punktów – to ten tour jest naprawdę dobry w rozwoju. Sam gdy zaczynałem, miałem poziom między 70 a 80. Jeśli ktoś ma możliwość – zachęcam, by tam grać.
Jeśli żaden z zawodników nie dokona czegoś spektakularnego, Łodzianin pozostanie na pierwszym miejscu Development Touru. A co za tym idzie, awansuje do Grand Slam of Darts.
Co ciekawe, na pierwszy zjazd tego cyklu pojechał tylko dlatego, że nie zakwalifikował się do Superbet Poland Darts Open, przegrywając w finale eliminacji z Thomasem Lovelym – pomimo bardzo wysokiego prowadzenia. Czy można powiedzieć, że koniec końców dobrze się stało, że się wtedy nie udało?
– W jakimś sensie tak było. Chciałem awansować do turnieju w Krakowie, ale zdarzył się jakiś niemożliwy comeback. Z drugiej strony – wiedziałem, że awans do ET mógłby sprawić mi pewne problemy. To mój drugi rok z kartą – w razie potrzeby Development Tour jeszcze pozwalałby ją odzyskać, a jeden opuszczony weekend mógłby mnie tej walki pozbawić. European Toury odbiłem sobie kolejnymi kwalifikacjami, więc mimo porażki wszystko poszło w dobrą stronę.
Checkouty? Topowy poziom
Wszelkie dobre wyniki to w ogromnej mierze zasługa znakomitych zamknięć. Sebastian jest w czołowej dziesiątce głównego touru pod względem procentu checkoutów. Jego skuteczność pod względem zamykania wartości od 61 do 90 jest – po drobnej aktualizacji z ostatnich tygodni – najwyższa wśród wszystkich graczy.
– Myślę, że to przede wszystkim kwestia chłodnej głowy i większej pewności siebie.
– Od tamtego roku nieco zmieniłem też grę treningową. Gra polegała na tym, że zaczyna się od 121 punktów – jeśli zamknie się w dziewięciu lotkach, przechodzi się na 122 i tak dalej. Zauważałem, że w mojej grze często brakowało jednej kolejki przy tego typu checkoutach, więc przeszedłem z dziewięciu na sześć lotek. Teraz gram tak – i to przekłada się na grę w meczach, bo jestem oswojony z takimi momentami.
– Podczas takich treningów nawet mój rzut się w pewnym sensie „krystalizuje” – staram się co do milimetra odzwierciedlać ruchy ręki przy rzucaniu konkretnych podwójnych.
Jest natomiast jedna statystyka, która nie gra na jego korzyść: to częstotliwość wizyt 171+, czyli z trzema dużymi potrójnymi. Wynik 0,18 takiej wizyty na lega klasyfikuje go wyraźnie poniżej średniej z touru.
– Sam nie wiem, z czego to wynika. Grupowanie lotek nie jest dla mnie problemem – wiem, że umiem je grupować w danym punkcie. Być może chodzi o to, że ja sporo rozrzucam się po tarczy. Nawet jeśli jest miejsce na kolejną potrójną, bardziej schodzę na dół i „zarządzam” licznikiem. Bardziej skupiam się na tym, by lepiej się ustawić (i nie zostawiać liczb typu 342, 343 czy 345) niż by więcej rzucić.
Polskie sprawy
Choć Sebastian nie gra w World Matchplay, nie oznacza to, że miał pusty terminarz. Pojawił się w Żninie podczas softowych mistrzostw Polski. Zwyciężył po raz drugi w karierze, tracąc przez cały turniej zaledwie trzy legi. Skąd bierze się zapał do występowania w lokalnych imprezach, pomimo rywalizacji na zawodowym poziomie w PDC?
– Zawsze dobrze jest utrzymywać rytm gry – nieważne, gdzie się jedzie. Teraz poziom wzrósł nawet w turniejach ogólnopolskich, więc wtedy łatwiej utrzymać skupienie. Ale gra w tych turniejach jest też potrzebna, żeby nie zapominać, gdzie się kiedyś grało – by spotkać się z ludźmi i pogadać o różnych rzeczach. Chcę też odwiedzać nowe miejsca – zobaczyć, jak co wygląda.
Steelowe mistrzostwa Polski POD, w których doszło do finału Białecki – Ratajski, były prawdopodobnie najbardziej medialnym „wewnątrzpolskim” turniejem w historii naszego darta. – W dużej mierze to ze względu na popularność darta i różnego rodzaju portale sportowe czy telewizje, które o tym mówią. Nasz mecz z Krzyśkiem z pewnością dodał medialnie temu turniejowi.

Sebastian Białecki (L) i Krzysztof Ratajski rozegrali znakomity mecz w finale mistrzostw Polski 2026 (fot. Polska Organizacja Darta).
– Mecze z Krzyśkiem nie zdarzają się często. Fajnie jest się zmierzyć – sprawdzić, kto w danym momencie jest lepszy. Ale też mistrzostwa Polski są dla mnie ważnym turniejem. Tyle lat już gram, tyle finałów przegrałem, a tytułu nadal nie mam. Chciałoby się to odhaczyć – a gdybym w finale pokonał akurat Krzyśka, to lepszego zwycięstwa nie mógłbym sobie wymarzyć.
Przypomnijmy, że w finale to bardziej doświadczony z naszych okazał się minimalnie lepszy. Wygrał 6:5. I jeden, i drugi zakręcił się w okolicach średniej 100. – Z jednej strony, po tym finale byłem zły. Z drugiej – byłem szczęśliwy, że przy takiej otoczce i przy takim oczekiwaniu ze strony kibiców udało nam się rozegrać fantastyczne spotkanie. Publika była i po mojej stronie, i po stronie Krzyśka. Fajnie to wyszło.
A czy Sebastiana powinniśmy spodziewać się w lokalnych turniejach także w przyszłości? – Raczej nie planuję rezygnować – jeśli tylko kalendarz pozwoli. Wiadomo, czasami trafi się tak, że zechcę odpocząć i nieco inaczej spędzić ten czas wolny, ale w większości nie będę rezygnował. Nawet w wakacje mam dwa czy trzy takie turnieje.

















































