PDC
To działo się rok temu. TOP 5 momentów ostatniego World Cupu
World Cup of Darts to turniej, który mimo zaledwie kilku dni rywalizacji niemal co roku dostarcza kibicom wielu emocji i niezapomnianych momentów. W poprzedniej edycji nie brakowało zaskoczeń – od sensacyjnego debiutu Argentyny, przez ogromną wpadkę Anglików, aż po kuriozalny błąd komunikacyjny w reprezentacji Tajwanu.

World Cup of Darts 2026 – informacje, wyniki, grupy
5. „Argentyno, co ty robisz?”
Kiedy myślisz „Argentyna i mistrzostwa świata”, przed oczami masz Leo Messiego, ryk tysięcy gardeł na stadionie i status absolutnego faworyta. Cóż, w darcie przez piętnaście lat od powstania World Cup of Darts standardem było to, że Argentyńczyków na scenie… po prostu nie było. Piłkarscy giganci w świecie darta byli totalnymi anonimami. Wreszcie jednak doczekaliśmy się przełomu, a debiutanci z Ameryki Południowej od razu postanowili zrobić wokół siebie trochę rabanu.
Los przydzielił ich do grupy L, razem z Finlandią i Nową Zelandią. Grupy w której, żaden z zespołów nie odskakiwał poziomem i awansować mógł dosłownie każdy. Finowie zebrali szybkie bęcki, ugrywając w całym turnieju zaledwie jednego lega (i to właśnie przeciwko Argentynie). O wyjściu z grupy decydował więc bezpośredni mecz z Nowozelandczykami.
Zawodnicy wyciągnęli z tego pojedynku absolutne maksimum dramaturgii. Pełen dystans, ciągłe przełamania, festiwal pudeł na podwójnych i nerwy napięte jak postronki – tak wyglądała ta bitwa o fazę pucharową. Ostatecznie, z odrobiną szczęścia i po szalonym deciderze, para Jesús Salate i Víctor Guillín mogła utonąć w objęciach. Awans do 1/8 finału stał się faktem.
ARGENTINA ADVANCE! 🇦🇷
What a story!
World Cup debutants Argentina win through an epic against New Zealand to reach the last 16 at the Eissporthalle!
📺 https://t.co/UfXH46Ws3Q#WCOD25 | First Round pic.twitter.com/xUCyNbikEE
— PDC Darts (@OfficialPDC) June 13, 2025
W samej fazie pucharowej cudów już nie było – zderzenie z australijskim walcem skończyło się bolesnym 1:8. Ale czy ktokolwiek w Buenos Aires zamierzał z tego powodu płakać? Absolutnie nie! Argentyńczycy zrobili na turnieju fantastyczną reklamę darta w swoim kraju, pokazując, że charakterem i sercem do walki można nadrobić braki w średnich. Udowodnili też wszystkim weteranom, że na World Cup of Darts nikt już nie może przyjeżdżać z przeświadczeniem o darmowych punktach.
4. Wpadka Teng-Lieh Pupo
To była zdecydowanie jedna z najbardziej kuriozalnych, a zarazem najzabawniejszych sytuacji całego turnieju. Format deblowy rządzi się swoimi prawami, a presja potrafi czasem totalnie odciąć prąd w mózgu. Przekonali się o tym reprezentanci Tajwanu.
Cudów po nich nie oczekiwano – trafili do grupy z Czechami, którzy pewnie zmierzali po awans. Azjaci nie mieli jednak zamiaru wracać z Frankfurtu z pustymi rękami i w meczu „o honor” rzucili wyzwanie reprezentacji Indii. Wygrali 4:2, ale ten mecz zapamiętamy z zupełnie innego powodu. Gdyby nie gigantyczne zaćmienie umysłu, skończyliby to spotkanie dużo szybciej i bez zbędnych nerwów.
Sytuacja wyglądała następująco. Tajwan miał lotki meczowe, An-Sheng Lu marnuje swoje szanse, ale zostawia na liczniku idealne, czytelne 38 punktów. Do tarczy podchodzi jego partner, Teng-Lieh Pupo. Cała hala szykuje się na rzut w podwójną dziewiętnastkę. Co robi Pupo? Z pełnym impetem ładuje lotkę w… potrójną wartość. Kiedy po chwili z głośników dobiega bezwzględny komunikat „No score”, zawodnik z Tajwanu zamiera w głębokim szoku i autentycznym zdziwieniu. W tym samym momencie do tarczy podchodzi jego partner z pary – na jego twarzy malowała się mieszanka czystej furii i niedowierzania.
World Cup of Darts HERITAGE! 🤣
It’s a moment to forget for Pupo Teng-Lieh!
He thinks the leg is already over, and Team India capitalise to open their account!
An-Sheng Lu is not a happy man! 😳#WCOD25 | First Round pic.twitter.com/RRNxGnxUid
— PDC Darts (@OfficialPDC) June 13, 2025
Na całe szczęście to darterskie „odklejenie” nie kosztowało ich utraty meczu, a cała historia skończyła się happy endem. Prawdziwe złoto czekało nas jednak na konferencji prasowej. Dziennikarze po prostu musieli o to zapytać. Jak tłumaczył się sprawca całego zamieszania? Pupo z rozbrajającą szczerością przyznał, że… kompletnie stracił rachubę i był święcie przekonany, że to już kolejny leg, a on po prostu zaczyna partię. Cóż, format deblowy potrafi namieszać w głowie, ale dzięki temu dostaliśmy moment, który z miejsca stał się viralem tego World Cupu.
– Tak, właśnie tak myślałem – że trafił. Rozmawiałem z nim i widziałem też, że przy drugiej lotce przekroczył limit, czyli „bustował”. Miałem wrażenie, że po prostu rzucił drugą lotką na zakończenie – myślałem, że to był checkout. Wszyscy krzyczeli „checkout”, więc też tak sądziłem. Potem zapytałem go: „Hej, to my zaczynaliśmy, prawda?” – bo zacząłem się zastanawiać, czy to faktycznie była nasza pierwsza kolejka – mówił Pupo.
3. Dwa mecze i do domu
Jako polscy kibice jesteśmy już niemal genetycznie zaprogramowani do piłkarskiego schematu na wielkich turniejach: mecz otwarcia, mecz o wszystko i mecz o honor. Kiedy jednak śledzimy poczynania naszych darterów, z całych sił chcemy o tej traumie zapomnieć. No i tamtym razem się nie udało. Scenariusz brutalnie dopadł Krzysztofa Ratajskiego i Sebastiana Białeckiego.
A wszystko zaczęło się od tradycyjnych, polskich „schodów” już na samym starcie. W meczu otwarcia z RPA nasi panowie musieli rzeźbić wynik w pełnym dystansie. Ostatecznie zwycięstwo zostało wyszarpane, a kamień spadł nam z serca. Następni w kolejce byli Norwegowie – ekipa, która w starciu z Afrykanami nie pokazała absolutnie nic, co mogłoby zwiastować sensację. Plan był prosty: ograć Skandynawów, zapakować walizki na fazę pucharową i zapomnieć o nerwowym początku.
Ale dart to przewrotna bestia. Choć na punktacji Polskie Orły wyglądały solidniej, to gdy przychodziło do zamykania legów, przy tarczy dział się absolutny dramat. Krzysztof z Sebastianem zacięli się na podwójnych tak bardzo, jakby ktoś zmniejszył im te zielono-czerwone pola o połowę. Norwegowie za to, zamiast pęknąć pod presją, zamienili się w bezwzględnych snajperów. Wykorzystali prezent od losu i odprawili nas do domu, zanim turniej na dobre się rozkręcił.
Dla polskich fanów to był potężny strzał w nos. W tym roku, patrząc na formę i potencjał duetu Ratajski-Białecki, nikt nawet w najczarniejszych snach nie zakładał powrotu do domu po fazie grupowej. I rzeczywiście – z grupy wyszliśmy dość komfortowo.
2. Irlandia z pierwszą koroną
To była bez dwóch zdań najpiękniejsza historia tego turnieju. Opowieść o tym, jak darterska cierpliwość została nagrodzona w najbardziej filmowy sposób. Irlandia Północna pukała do bram raju przez piętnaście długich lat. Rok w rok, edycja za edycją, kończyło się na ambitnych planach i maksymalnie dwóch półfinałach. W międzyczasie musieli bezradnie patrzeć na sukcesy sąsiadów, którym kilka lat wcześniej udało się już sięgnąć po złoto. Dopiero za szesnastym razem, gdy stery przejął duet Daryl Gurney i Josh Rock, coś w tej machinie idealnie zatrybiło. Efekt? Irlandia Północna została szóstym krajem w historii, który wzniósł w górę puchar mistrzostw świata!
I to w jakim stylu. Finał to była prawdziwa jazda bez trzymanki, wymagająca od chłopaków nie tylko dobrych średnich, ale też perfekcyjnej współpracy. Walijczycy gryźli parkiet, byli niesamowicie natarczywi i nie odpuszczali nawet na milimetr. Ostatecznie jednak to im zadrżała ręka w najważniejszym momencie. W decydującym legu Walia kompletnie pogubiła się na dystansie. Na masowe pomyłki Gurneya i Rocka na podwójnych nie było co liczyć – nowi mistrzowie zamknęli mecz z zimną krwią, zostawiając Walię z mało zaszczytnym tytułem czterokrotnych wicemistrzów globu.
Jednak to, co wydarzyło się po ostatniej lotce, poruszyło absolutnie każdego. Eksplozja emocji to mało powiedziane – na scenie zobaczyliśmy autentyczne łzy, uściski i chemię, której nie da się wyreżyserować. Po spotkaniu Josh Rock w wywiadach, zaczął opowiadać o relacji, jaka łączy go na scenie z Gurneyem, co dobitnie pokazało jaka między nimi jest więź przyjacielska.
– Jeśli w drużynie nie ma zgrania, to to nie zadziała. Ja patrzyłem na Daryla jak na ojca, a on traktował mnie jak syna. Stworzyliśmy świetne połączenie. Między nami jest 15 lat różnicy. Daryl ma 39 lat, ja zaś 24. Przez cały czas mówił do mnie „synu” – mówił Rock.
Ta darterska sztafeta pokoleń – doświadczony, turniejowy wyjadacz Superchin i młody, piekielnie zdolny gniewny Rocky – napisała historię, która zmieni układ sił na darterskiej mapie. Irlandia Północna wreszcie zrzuciła z pleców gigantyczny ciężar, udowadniając, że na ten tytuł po prostu po ludzku zasłużyła.

1. Anglicy na kolanach
Gdy wiadome było, że barw Anglii bronić będą Luke Humphries i Luke Littler, ich fani zacierali ręce, a rywale głęboko wzdychali. Dwie absolutnie największe strzelby współczesnego darta, numery jeden i dwa światowego rankingu, połączyły siły. Wydawało się, że ten turniej to czysta formalność, a jedyną rzeczą, która może powstrzymać Anglików przed przejechaniem się po rywalach jak walec, są oni sami.
Dodatkowo losowanie fazy pucharowej ułożyło się pod nich tak idealnie, że mogli wręcz otwierać szampana – w ich drabince nie było Holandii, Walii ani Szkocji. Droga do finału była usłana różami. Różami, które w 1/8 finału zamieniły się w wyjątkowo kłujące germańskie ciernie. Ricardo Pietreczko i Martin Schindler świetnie jako duet, postawili twarde warunki i bezczelnie wyrzucili faworytów za burtę. Angielskim kibicom pękły serca, a pewność siebie duetu „Luke & Luke” została brutalnie zweryfikowana przez solidnych do bólu Niemców.
Po tej sensacji w darterskim świecie rozpętała się burza. Czy genialne indywidualności potrafią w ogóle grać w debla? Oliwy do ognia dolał Gerwyn Price. Walijczyk w swoim stylu, bez gryzienia się w język, obnażył brutalne kulisy angielskiej współpracy, które idealnie podsumowały ten blamaż.
– Gdy pojawiliśmy się tutaj pierwszego dnia, była tylko jedna reprezentacja, której gracze ani nie przybyli do hali razem, ani nawet ze sobą nie siedzieli. Nie tworzyli drużyny. Tarcza pokazała, że Anglicy nie stworzyli zespołu. Indywidualnie są fenomenalni, ale nie byli drużyną – powiedział Price.
Te słowa bolały pewnie bardziej niż porażka na tarczy, bo obnażyły brak jakiejkolwiek chemii między mistrzami. Limit kompromitacji i tłumaczenia się z braku zgrania oficjalnie się wyczerpał. Humphries i Littler dostali bolesną lekcję pokory. Teraz muszą udowodnić, że potrafią schować indywidualne ego do kieszeni i stworzyć duet marzeń, który wreszcie da Anglii glorię, chwałę oraz pozwoli odskoczyć od Holendrów w klasyfikacji wszech czasów.
Anglicy rozpoczną rywalizację dopiero od fazy pucharowej, ponieważ są rozstawieni z numerem 1. Transmisję turnieju z polskim komentarzem przeprowadza CANAL+, a mecze można oglądać również za pośrednictwem aplikacji i strony internetowej Superbet.















































