Felietony
Jeśli nie możesz go pokonać, dołącz do niego. Littler nie obrzydzi mi darta
Jest najlepszy. A na dodatek młody. Co to oznacza? Według niektórych kataklizm i śmierć darta. Na pewno nie wróży to niczego dobrego jego rywalom. Na szczęście nie jestem jednym z nich…

W momencie pisania tego tekstu mija kilka godzin od najlepszego występu w pojedynczym turnieju darta w historii. Phil Taylor też potrafił zagrać od deski do deski na 110, ale legów było mniej, a i same rozgrywki nieco mniej prestiżowe. Littler jest obecnie najlepszy na świecie. Na dodatek ma wszystko, żeby być kiedyś najlepszym w historii.
Wiem, że to nie każdemu może się podobać, ale wiecie co? Nic nie da się z tym zrobić. To znaczy: my – kibice – nie jesteśmy w stanie nic poradzić, siedząc na kanapach, fotelach, przed ekranami telefonów i telewizorów. Kompletnie nic.
Czy Littler zabija darta? Nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Ja uważam, że nie i zanim się wytłumaczę, to napiszę zawczasu – rozumiem tych, których to nudzi. Nie będę nikogo za wszelką cenę przekonywał, że „niemożliwe, że nie lubisz Littlera, musisz innego spróbować, bo różni są”. Ten tekst to zaproszenie do kontynuowania zabawy z dartem. Jak z tramwajem – albo wysiadasz, albo przejdź spod drzwi, bo niektórzy chcą wsiąść i jechać dalej. Nie stój w rozkroku.
To „tylko” i „aż” sport…
… i lubię go za wielowymiarowość. Za historie, które pamięta się latami. Za to, że niezależnie od wyniku zawsze daje emocje – czasami pozytywne, czasami nie. Że być może jest najbardziej uniwersalnym językiem na świecie i jednym z podstawowych tematów do rozmów. Nie da się wyczerpać możliwości, jakie nam oferuje. Zawsze można szybciej, dalej, mocniej, lepiej.
Wierzę, że sport wykracza daleko poza „wygrał/przegrał”. W szczególności dla tych, którzy go uprawiają, bo zawsze coś można jeszcze poprawić. Nasycić się chyba nie da. Głód zwycięstw jest najtrudniejszym do zaspokojenia.
Mam wrażenie, że pod kątem kibicowania – czy to dyscyplinie, czy zawodnikowi – jest tak samo. Odnosząc się do darta, fani Littlera mają obecnie „najprościej”, ale ci stojący po drugiej stronie barykady lub tym bardziej neutralni też mogą z tego czasu czerpać garściami. Potrzeba jednak odpowiedniego nastrojenia się.
Genialni oprawcy?
Czy Taylor zabił darta? Skoro mamy teraz o czym rozmawiać, to prawdopodobnie nie. Czy w jego czasach świetności pojawiały się podobne głosy jak teraz? Nie żyłem lotkami w tych latach, ale wierzę, że tak. Z wiadomości, danych i widocznego gołym okiem rozwoju dyscypliny jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że dominacja Taylora liczona w dekadach w żadnym stopniu nie zahamowała wzrostu popularności darta, a wręcz przeciwnie – może się do niego znacznie przyczyniła.
Littler jeszcze przegra. Co więcej – pewnie więcej niż raz. Może i częściej będzie zwyciężał, ale tym lepsze w smaku – dla kibiców pozostałych graczy – będą momenty, w których polegnie. Bo to nie będzie dostępne dla każdego. To te historie, za które sport kochamy. To ten element wielowymiarowości. Dlatego hale nie opustoszeją. Dlatego widownia telewizyjna nie będzie topnieć jak lód w czterdziestostopniowym upale. Bo albo przyciągnie ją Littler, albo historia, którą stworzy ktoś, kto go pokona.
Nie wiesz, co czeka za rogiem
Spojrzeć można na to także z innej strony. Skoro przypadki porażek Littlera mają być mniejszością, to może warto czasem pościskać kciuki w jego pogoni za biciem rekordów, które miały być nie do ruszenia. Pamiętam, że gdy poważnie zacząłem interesować się dartem, głosy środowiskowych dinozaurów były takie, że wyników Taylora nie da rady pobić nikt. Że nigdy nie będzie większego. Nadal jesteśmy daleko od zbudowania trwalszego pomnika, ale może właśnie jesteśmy na początku opasłej, przeolbrzymiej księgi, która ma nas doprowadzić do szokującego zakończenia. Nie wiem, czy tak jest, ale ta tajemnica jest dla mnie na tyle ekscytująca, że nie oderwę się od lektury.
Pasja do darta nie rozwijała się we mnie dlatego, że ktoś wygrywał turniej lub nie. Pokochałem go za atmosferę, wspaniałych kibiców, łatwość uprawiania. Za 123,4 Michaela van Gerwena w Aberdeen. Za (niemal) perfekcyjnego lega w Ally Pally. Za „nawet się nie waż, zamknięty sektor”. Za comeback Crossa z Gurneyem w Blackpool (który doceniłem po latach, bolało jak cholera) i ten z Dobeyem w Londynie. Za miliony odtworzeń siedemnastu perfekcyjnych lotek z rzędu wcześniej wspomnianego gałgana z Holandii, licząc, że kiedyś odtworzę to wideo i zobaczę jak wpada osiemnasta. Tak – rywalizacja jest solą sportu, ale nie jest wszystkim, co mamy.
Littler nie dał mi zajawki do darta, więc jej też nie zabierze. Jeśli ogrywa moich ulubionych zawodników, zabiera radość z sensacyjnych rozstrzygnięć turniejowych i idzie jak buldożer przez wszystkie rozgrywki, to kłaniam się w pas i mówię: „masz mój topór, idź i bij rekordy”. Wymaż osiągnięcia tych największych. Bądź tym następnym w sztafecie wielkich. Chcę to zobaczyć.
A i on nie jest tym, który dzierży pałeczkę w rękach jako ostatni. Za kilka lat, może mniej (a może i w tej chwili!) ktoś włączy najlepsze fragmenty z World Matchplay 2026 i stwierdzi „ale to był kozak”. Po czym kupi lotki, tarczę i pójdzie gonić za marzeniami. A jeśli nawet nie będzie tak dobry, prawdopodobnie przy sporcie pozostanie. Zarażony – jak wielu z nas – występami geniuszy. Tak jak i my zachwycaliśmy się Taylorem czy van Gerwenem. Nigdy nie było takiego kozaka, na którego nie znalazłby się większy.
Wyszło ckliwie, ale tak miało być. Czy kogoś przekonam? Pewnie niewielu, ale komentarze tych, którym dominacja Littlera kojarzy się ze śmiercią sportu, utwierdzają mnie w przekonaniu, że zainteresowanie wśród was nadal jest. Nawet jeśli nie obejrzycie połowy jego meczów i nie umiecie mu kibicować. Nawet gdy pociągające nie wydaje się wam bicie rekordów. Wrócicie z nadzieją, że w końcu i przegra. I wiecie co? Doczekacie się. Bo w was pasja do darta też z pewnością jest ogromna, a nie ma takiego, który nie zaznał goryczy porażki.
Kiedy to będzie? Nie wiem, ale wiem, że będzie warto doświadczyć tego na żywo. To co, wsiadacie do tramwaju? Bo motorniczy się niecierpliwi…
















































Mam łatwiej, bo jestem wielkim fanem Littlera, ale po tym finale jedyne co mógł zrobić każdy (rozsądny) fan darta to wstać, głęboko się ukłonić i bić brawo. Finisze 100+ zamykane na zawołanie, kosmiczna średnia… Wierzę, że wśród 127 pozostałych posiadaczy karty jest 127 osób, które marzą o byciu tym (lub tą), która zatrzyma Littlera w telewizji. I komuś się to w końcu uda.
Liczę na M. Lawriego, K. Baysala może za 2-3 lata rzucą rękawicę Nuke’owi. PS. Panie Redaktorze ja jako ten lud też się topię przy 40 stopniach ale dedukuję, iż chodziło o lód.
Darta nie obrzydza, ale jego zachowanie jest czasem obrzydzające – nawiązuję do incydentu z Premier League w Manchesterze i jego postawy po meczu. Po finale w Londynie, kiedy puściły go emocje i przyznał, że negatywna reakcja kibiców dała mu się we znaki, trochę spokorniał, a i publiczność mu odpuściła, więc jeśli ma gdzieś przegrać, to przede wszystkim na tym polu.
Littler też człowiek, chociaż coraz trudniej w to wierzyć 😉 W meczu z Aspem też chyba był bliski dwóch „dziewiątek” z rzędu, bo po wejściowym legu rzucił kolejne 60, ale nie pamiętam, na której się skończyło (skucha bodajże 16 lotce z rzędu).
Każdy ma swój słabszy dzień – fizycznie lub psychicznie, więc to kwestia nieunikniona. Przecież Ryan Joyce w trakcie MŚ miał go na widelcu, ale nie był jeszcze na tej „drabinie” tak wysoko i stres go zjadł. Takich okazji było może kilka, ale tych, co polują na to zwycięstwo jest cała reszta stawki, więc Littler chodzi jak z tarczą na plecach. Pod względem siły psychicznej mocno się rozwinął, ale każda ewentualna porażka może być z tego powodu trudna do przetrawienia.
Gdy w poprzednich mistrzostwach w duetach polecieli z Humphriesem jako murowani faworyci, to ograli ich Niemcy. Wiem, to nie to samo co mecze singlowe, ale jednak nie podołali (co innego w tym roku).
Dla sportu lepiej jest gdy rywalizują ze sobą chociaż dwie osoby na wybitnym poziomie, zmieniają się, bo dominacja jednego zawodnika jest atrakcyjna, ale pod względem liczb i rekordów (godnych podziwu, dodam). Gdy każdy kolejny zawodnik schodzi zbity jak pies, to zaczyna się robić męcząco. Wystarczy choćby spojrzeć na tenisa: Federer, Nadal i Djokovic „dzielili” się wygranymi, co dla tej dyscypliny i sportu w ogóle jest solą.
Inna sprawa, że ranking największe nagrody daje za MŚ, więc Luke „zabetonował” praktycznie pierwsze miejsce. Nie ma to może wielkiego znaczenia, ale w kontekscie walki o nr 1 jest na długo pozamiatane. Van Gerwen kiedyś sugerował, że zakulisowo mówi się we władzach PDC o zmianach tej dysproporcji.
Wróżyli niektórzy (jak Aspinall), że Littlerowi się znudzi, bo ma inne zainteresowania, które go od darta odciągają. Nie wygląda na to, bo chyba się rozkręca coraz mocniej 😉
Lubię oglądać The Nuke w akcji. Nawet moja żona choć nie interesuje się dartem, to z przyjemnością ogląda jak Littler gra. Chłopak ma dopiero 19lat, nie raz wygwizdywany, a i tak dowoził.
Raczej nie szukałabym problemu w jego dominacji, bo ona powinna wpłynąć na innych zawodników motywująco, co w sumie nie raz widać, że wysokie średnie notują podczas rywalizacji z Littlerem.