Newsy
Afera: Jehirszki, Grudziecki i Herberg. „Obrażanie mojej rodziny to za dużo”
Sobota w krakowskiej Hali Centralnej została zdominowana przez tematy pozasportowe. Gyorgy Jehirszki, Mirosław Grudziecki i Dawid Herberg stali się częścią sporego zamieszania. Węgier poczuł się obrażony, co przyznał w rozmowie dla Łączy Nas Dart. O wersję zdarzeń zapytaliśmy także drugą stronę.

W sobotę w krakowskiej Hali Centralnej rozegrano dwa turnieje kwalifikacyjne do European Touru, przeznaczone dla zawodników z Europy Wschodniej. Trzy poprzednie zjazdy tego sezonu odbyły się na Słowacji. Imprezy w Polsce szybko okryły się złą sławą – zawodnicy krytykowali niski poziom organizacyjny, zwracając uwagę na wszechobecny hałas.
Jak się okazuje, poza tym doszło do sporego incydentu między Gyorgym Jehirszkim a Dawidem Herbergiem i Mirosławem Grudzieckim.
Tło sprawy
Jehirszki i Herberg zmierzyli się w finale kwalifikacji do ET14. Przy stanie 2:2 doszło do dłuższej przerwy. Jak wynika z naszych relacji, wszystko zaczęło się od głośniejszych reakcji Polaka, na które Węgier zaczął odpowiadać tym samym. W sytuacji udział miał brać też znajdujący się obok Grudziecki.
Po meczu (wygranym 6:3 przez Węgra) finaliści nie podali sobie rąk. Herberg i Grudziecki – próbując wyjaśnić i załagodzić całą sprawę – podeszli do Jehirszkiego. Węgier, będący na miejscu z żoną, odebrał to jako atak.
Co ważne, żaden z trzech graczy nie znalazł się już na liście startowej turnieju rozgrywanego w niedzielę.
„Miałem pozytywne zdanie o Polsce”
O sprawę zapytaliśmy właśnie Jehirszkiego. Ze swojej perspektywy widział on wszystko nieco inaczej.
– Po kilku latach gry w darta i udziale w turniejach PDC znam zasady i podczas dwóch wczorajszych turniejów przestrzegałem ich. Okazywałem szacunek wszystkim – również mojemu przeciwnikowi w finale – rozpoczął.
– Niestety, on nie może powiedzieć tego samego o sobie. Przez cały mecz grał, nie przestrzegając zasad i nie okazując mi szacunku. W całej sytuacji uczestniczył również Mirosław Grudziecki.
– Obelgi pod adresem mojej rodziny przekroczyły wszelkie granice i były całkowicie niestosowne. Być może, gdyby ci dwaj panowie wypili mniej alkoholu, do tego by nie doszło – podkreślił Węgier.
– Byłem już dwa razy w Polsce, żeby grać w turniejach – i do tej pory miałem bardzo dobre zdanie o tym kraju. Jednak wczorajszy incydent jest dla mnie dużym rozczarowaniem.
– Nigdy wcześniej nie miałem problemów z polskimi darterami. Gdybym miał wskazać kogoś, kto daje przykład wzorowego zachowania, byłby to Sebastian Steyer. Inni powinni brać z niego przykład. Grałem przeciwko niemu wielokrotnie i łączą nas dobre relacje.
Na koniec Jehirszki podkreślił, że brak występu w niedzielnym turnieju nie jest skutkiem dyskwalifikacji. Tą mieli zostać objęci tylko zawodnicy z Polski. – Nie zostałem zdyskwalifikowany – w przeciwieństwie do dwóch pozostałych zawodników. To była moja własna decyzja, by nie brać udziału w dzisiejszym turnieju – zakończył.
„Nie mieliśmy żadnego złego zamiaru”
O zdanie zapytaliśmy również Dawida Herberga, który przedstawił swoją wersję wydarzeń.
– Przegrywałem 0:2, zacząłem trafiać i po zrobieniu remisu 2:2 krzyknąłem „come on!”. On się zdenerwował i powiedział o tym organizatorowi. Ten zwrócił mi uwagę, a ja zacząłem z nim rozmawiać, dlaczego nie mogę po swoich rzutach krzyczeć. W finale przecież nikomu nie przeszkadzam. Mówiłem, że grałem wcześniej dwa razy w finale w Budapeszcie i tam wolno było krzyczeć – przyznał Polak.
– Potem zacząłem przegrywać i po cichu się ironicznie cieszyłem po dobrych rzutach. Byłem zły.
– Po meczu Jehirszki odwrócił się i krzyknął mi w twarz. Nie podał mi ręki. Podszedłem do niego do stolika – razem z Mirkiem – żeby podać mu rękę i powiedzieć, że przede wszystkim zły byłem na organizatora, ale nie zdążyłem nic powiedzieć, a on wstał i zaczął krzyczeć, że jest z dzieckiem. Przecież wiadomo, był z rodziną, więc nie było żadnego złego zamiaru.
– Ale podobno jak szliśmy z Mirkiem, to wyglądaliśmy tak, jakbyśmy chcieli zrobić awanturę. Organizator wezwał ochronę, po czym im też wytłumaczyłem całą sytuację. Widzieli, że nie było żadnego złego zamiaru. Po sytuacji była rozmowa z organizatorem – podaliśmy sobie ręce, a ten powiedział, że widzimy się jutro.
– Zobaczył, że okrzyk mi pomaga i zrobiło mu się „ciepło”. I tak wyszło. Nie było żadnego zamiaru awantury, ani nic. Nigdy na żadnym turnieju od 12 lat nie miałem z nikim awantury. Zawsze podaję rękę, nawet jeśli jestem zły na przeciwnika. Ale oddaję szacunek. On tego nie zrobił, ale było minęło. Czekam, jak to się skończy. W następnej możliwej sytuacji muszę mu udowodnić przy tarczy – i tyle.
Na Łączy Nas Dart dostępna jest również rozmowa z Mirosławem Grudzieckim, który przedstawił swoją wersję zdarzeń. – Czuję się raczej pokrzywdzony, a nie winny tej sytuacji – stwierdził.















































