Obserwuj nas

PDC

Ranking – TOP 5 meczów w mistrzostwach świata 2024

95 spotkań przyniosło nam nie tylko nowego mistrza świata, ale po drodze także wiele chwil godnych zapamiętania. Nie bez powodu wśród fanów pojawiają się głosy, że mamy za sobą najlepszy czempionat w historii. Które spotkania zasłużyły, by na stałe zapisać się w panteonie darta?

Źródło: PDC

Z każdym kolejnym dniem coraz trudniej pogodzić się z faktem, że mistrzostwa świata już za nami i na następne trzeba czekać niecały rok. Zbyt szybki przeskok z emocjonalnych szczytów na niziny marazmu grozi poważnym szokiem darterskim, dlatego, aby zapobiec potencjalnym konsekwencjom, zebraliśmy pięć najbardziej porywających spotkań. Pigułkę w takiej formie śmiało można przyjmować każdego dnia o dowolnej porze, a przed użyciem warto skonsultować jej skład z lokalnymi fanami darta.


5. Michael Smith (100,09) 3:2 Kevin Doets (99,46) – 2. runda

Na pierwszy mecz oglądany z zapartym tchem do samego końca nie musieliśmy długo czekać. Już w inaugurującym dniu obrońca tytułu zgodnie ze zwyczajem przystępował do rywalizacji, a jego rywal w swoim poprzednim meczu pokazał, że Bully Boy nie powinien liczyć na spacerek. Pierwszy set padł co prawda jego łupem, ale już dwa kolejne dla siebie zgarnął Holender, co podstawiło byłego już mistrza świata pod ścianą. W czwartym secie wywiązał się z zadania i doprowadził do decidera, jednak Doets miał swoje lotki na podwójnych. Do rozstrzygającej rozgrywki niewątpliwie to Smith przystępował z większym ciężarem na swoich barkach. W końcu ostatnim obrońcą tytułu który odpadł w następnej edycji w drugiej rundzie był Phil Taylor, którego w 2014 roku w ten sposób odprawił… właśnie Smith. Kiedy w pierwszym legu Hawk Eye był pewnie ustawiony na podwójnej 12 i wydawało się, że głowa mistrza zaczyna się gotować ze stresu, zaprezentował nam pierwszy wielki moment tego turnieju. Finisz 142 punktów odwrócił stan rywalizacji o 180 stopni, podcinając skrzydła debiutantowi. I choć próbował on jeszcze wrócić do gry zgarniając na swoje konto trzeciego lega, w kolejnym Anglik potwierdził swoją klasę i awansował dalej. Mimo to, występ Doetsa również wart jest docenienia. Popisał się w tym meczu dziewięcioma maksami i niemal identyczną średnią jak zwycięzca.


4. Dimitri van den Bergh (90,77) 2:3 Florian Hempel (91,78) – 2. runda

Jeszcze do połowy drugiego seta wydawało się, że będzie to mecz bez historii. Rozstawiony faworyt pewnie prowadził 2:0, choć nie prezentował szczególnie wysokiego poziomu. W trzeciej partii Hempelowi udało się przedłużyć swój udział w turnieju, lecz gdy w czwartej Belg prowadził 2:0 i na swoim liczniku pozostawił 45 punktów przy 151 rywala, nikt chyba nie spodziewał się, co nastąpi potem. Fenomenalny finisz wstrząsnął Dream Makerem, który, mimo że dysponował później lotkami meczowymi, wszystkie spudłował. W Niemca z kolei jakby wstąpiły nowe siły, a najlepszym tego przykładem były dwie z rzędu dziesiąte lotki rzucone na zamknięcie czwartego i rozpoczęcie piątego seta. W takiej sytuacji nie pozostało mu nic innego, jak tylko dokończyć dzieła zniszczenia. Van den Bergh wpadł w schemat, w którym docierał do swoich szans, ale grał jakby bał się po nie sięgnąć. Z tego bezwzględnie skorzystał Hempel, dokonując tym samym jednego z najbardziej spektakularnych comebacków w historii mistrzostw świata. Jeszcze przed rozpoczęciem turnieju wiele mówiło się o jego psychice w sytuacjach, kiedy przychodzi mu grać pod presją. Po nim w tej dyskusji dysponujemy już zgoła innymi argumentami. Fakt, że dzięki temu spotkaniu zdołał utrzymać kartę PDC na następny sezon, niewątpliwie dodaje mu kolejnych powodów do radości.


3. Luke Littler (101,13) 4:7 Luke Humphries (103,67) – finał

Gdyby na liście tego typu zabrakło decydującego spotkania, można by czuć pewien niedosyt. Na szczęście uczestnicy głównej odsłony wydarzenia stanęli na wysokości zadania i zagrali mecz, który śmiało może aspirować do grona najlepszych finałów w historii turnieju. Sam skład jeszcze przed rozpoczęciem dostarczał emocji. Z jednej strony murowany faworyt, który po drodze musiał jednak przezwyciężyć wiele ciężkich chwil, a z drugiej nastoletni fenomen, prezentujący we wszystkich spotkaniach równy, kapitalny poziom. Od otwarcia gołym okiem dało się zauważyć, jak bardzo obydwu zależy na sięgnięciu po końcowy triumf. Po trzech setach na liczniku widniało 2:1 dla Humphriesa, a ucztą dla oczu mogła być zwłaszcza druga partia, w której średnie graczy oscylowały wokół 110 punktów. Wtedy to jednak Littler zacisnął pięści i zwyciężył trzy sety kolejne z rzędu. Kluczowy dla całego spotkania niewątpliwie okazał się moment w siódmej partii, kiedy przy stanie 2:2 w legach, The Nuke podszedł do zamknięcia ze 112 punktów. Pierwsza lotka pewnie wpadła w potrójną 18, lecz kolejna podążyła jej śladem, co niewątpliwie nie było jego zamiarem. Wskutek tego ustawił się na niewygodnej podwójnej dwójce i chybił, z czego pewnie skorzystał w następnym podejściu Cool Hand Luke, zmniejszając straty do jednego punktu. I jakkolwiek nie można powiedzieć, że w widoczny sposób wpłynęło to na grę młodszego z Anglików, tak do końca meczu nie dał rady wygrać już żadnej partii, mimo dzielnej walki i kilku setach przegranych w deciderach. Ostatecznie więc to Humphries sięgnął po tytuł, lecz kosztem bycia postacią drugoplanową dla mediów na całym świecie.


2. Chris Dobey (99,84) 4:5 Rob Cross (100,70) – ćwierćfinał

Pisząc o powrocie Floriana Hempela do spotkania z Dimitrim van den Berghiem zostało powiedziane, że to jeden z najlepszych comebacków w historii MŚ. I jakkolwiek jest to prawda, tak można argumentować, że nie był to najbardziej spektakularny tego typu wyczyn w tej imprezie! Chris Dobey do ćwierćfinału podchodził w roli faworyta. Odprawił w poprzednich rundach kapitalnie grających Willy’ego O’Connora i Rossa Smitha, a w czwartej rundzie wyeliminował obrońcę tytułu sprzed roku. Droga Roba Crossa do tego spotkania była znacznie mniej wyboista. Kiedy więc Hollywood udowodnił, że nadal jest „w gazie” i wygrał cztery pierwsze partie spotkania, wielu już ostrzyło sobie zęby na jego potencjalne starcie w półfinale z Littlerem. Wtedy Voltage pokazał, że nigdy nie powinno się go skreślać. Krok po kroku zaczął niwelować straty, a największe dla niego chwile grozy nadeszły w siódmym secie, gdy jego rywal miał lotkę meczową na czerwonym środku. Cross utrzymał jednak nerwy na wodzy i finiszując z niemalże chirurgiczną precyzją udało mu się doprowadzić do stanu 4-4 i decydującej partii. W niej walka toczyła się leg za leg, lecz w ósmej odsłonie, mimo blisko 180-cio punktowej starty, przełamał Dobeya, dokonując niemalże niemożliwego. I choć w następnej rundzie musiał uznać wyższość genialnego nastolatka, tak niewątpliwie zapisał się w historii MŚ złotymi zgłoskami.


1. Luke Humphries (99,23) 4:3 Joe Cullen (98,66) – 4. runda

Jakie znaczenie w sporcie mają milimetry? Wystarczy zapytać nowego mistrza świata, bowiem to właśnie tyle dzieliło go od odpadnięcia z turnieju. Choć mecz czwartej rundy pomiędzy nim a Joe Cullenem przed startem zapowiadał się intrygująco, nikt chyba nie przewidywał, czego będziemy świadkami. Dwa sprawnie wygrane przez Rockmana sety pozwalały myśleć, że Cool Hand nie poradził sobie jeszcze z demonami, które prześladowały go w meczu z Ricardo Pietreczko. Wtedy jednak przebudził się i zwyciężył w dwóch kolejnych setach, a gdy w piątym powinęła mu się noga, niezwłocznie się podniósł i doprowadził do decydującej siódmej partii. Tam jako pierwszemu widmo porażki zajrzało w oczy właśnie jemu. W czwartym legu przed olbrzymią szansą znalazł się Cullen, ale nieznacznie chybił dwie lotki meczowe w podwójną osiemnastkę. Kulminacja emocji nastąpiła w dziesiątym, kiedy to Humphries odwdzięczył się rywalowi, pudłując dziewięć decydujących rzutów i otwierając rywalowi bramę do powrotu do rywalizacji. Przy wyniku 5-5 całość zmagań kończył więc decider. W nim późniejszy mistrz tym razem pewnie zamknął sto punktów na podwójnej 20. Przy całym uznaniu dla zwycięzcy, przykro było patrzeć na łzy przegranego. Za osłodę może mu posłużyć to, że wziął udział w najlepszym meczu mistrzostw świata.

Biorąc pod uwagę powyższe, można odnieść wrażenie, że byliśmy świadkami jednego z najlepszych turniejów mistrzostw świata PDC. I choć w historii oficjalnie zapisał się ich triumfator, tak trudno przewidywać, by w następnych edycjach komentatorzy nie powracali do spektakularnych powrotów Hempela i Crossa czy kapitalnej postawy nadziei darta pod postacią Luke’a Littlera. A dla spragnionych kolejnych emocji – odliczanie do następnych MŚ czas zacząć!

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Maksymalny rozmiar przesyłanego pliku: 2 GB. Możesz przesłać: zdjęcie, audio, video, dokument, etc. Linki do YouTube, Facebooka, Twittera i innych serwisów wstawione w tekście komentarza zostaną automatycznie osadzone. Drop files here

Sponsor główny

Sklepy partnerskie

Zostań Patronem

Reklama